FOTOGRAFIA ZDZISŁAWA RYNKIEWICZA

Joanna Motylska-Komsta

ODKRYWAMY INTRYGUJĄCE HISTORIE W FOTOGRAFII ZDZISŁAWA RYNKIEWICZA

Każde oglądane zdjęcie skrywa swoją intrygującą historię. Autor zaskakuje techniką fotografowania. Stale wzbudza zainteresowanie tematem i kompozycją. Rozmowa z nestorem Polskiej fotografii Zdzisławem Rynkiewiczem.

JMK:
Pana droga do samorealizacji twórczej była kręta i wyboista. Zanim całkowicie poświecił Pan własne „ego” fotografii, wcześniej – między innymi – podjął Pan pracę reportera filmowego jako korespondent Dziennika Telewizyjnego TVP na województwo białostockie. Dlaczego nie kontynuował Pan kariery reportera telewizyjnego?
ZR:
To nie ja, ani moi pracodawcy z Telewizji Polskiej, zrezygnowali ze współpracy ze mną. To była decyzja polityczna podjęta przez pierwszego sekretarza komitetu wojewódzkiego PZPR w Białymstoku. Za „krytykanctwo”. Takimi epitetami w żargonie aparatczyków partyjnych piętnowano dziennikarzy, którzy mieli odwagę realizować krytyczne reportaże o nieudolnych rządach lokalnych kacyków.
Rzeczywiście, bardzo przeżyłem wymuszoną zmianę statusu reportera TVP, wyposażonego w służbową kamerę filmową Bell-Howell oraz legitymację dziennikarską, na status człowieka bezrobotnego, wyposażonego w prywatny aparat fotograficzny marki Praktica, jako jedyne narzędzie pracy zarobkowej oraz „wilczy bilet”. Szczególnie boleśnie odczułem gwałtowne odcięcie mnie od klimatu codziennych wydarzeń zasługujących na rejestrację kamerą filmową.
Klimatu, który lubiłem i który mnie mobilizował do twórczej pracy. Praca reportera telewizyjnego dawała ogromną satysfakcję bycia człowiekiem przydatnym społeczeństwu. Oczywiście przydatnym z dziennikarskiego punktu widzenia. Nie dbałem o opinię dot. mojej pracy reporterskiej ze strony partyjnych dygnitarzy. Tylko ocena telewidzów i przełożonych z TVP miały wpływ na dobór tematyki moich reportaży co nie oznacza, że zaniedbywałem filmową obsługę ważnych z punktu widzenia PZPR nasiadówek partyjnych. Mimo to, częstotliwość pokazywania na antenie TVP zasłużonych działaczy partii nie spełniała oczekiwań partyjnego aparatu władzy.
JMK:
Posiada Pan imponujący dorobek artystyczny – wyróżnienia i nagrody. Brał Pan udział w ponad 150 międzynarodowych i krajowych wystawach fotograficznych. Został Pan uhonorowany m.in.: Złotym Krzyżem Zasługi RP, Brązowym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”. Zapytam więc trochę przewrotnie: jak opisałby Pan swoje prace fotograficzne komuś, kto nigdy ich nie widział?
ZR:
Tylko nieliczni fotografowie potrafią barwnie wyrażać swe wizje twórcze zarówno aparatem fotograficznym jak i aparatem mowy. Ja do nich nie należę. Zdecydowanie wolę tworzyć fotografię niż mówić o fotografii. I w ten dostępny mi sposób, staram się manifestować mój emocjonalny stosunek do fotografii jako dzieła sztuki. Inne formy narracji wokół mojej twórczości fotograficznej pozostawiam krytykom.
JMK:
Jaka jest najważniejsza rzecz, którą chciałby Pan, aby inni ludzie wiedzieli o Panu?
ZR:
Najtrudniej jest mówić o sobie nie popadając w megalomanię. Tym bardziej, że nie odczuwam potrzeby bycia w kręgu zainteresowań osób trzecich. Chciałbym, aby w pamięci odbiorców mojej fotografii pozostały tworzone przeze mnie obrazy a nie ich autor. Kojarzenie twórcy z jego dziełem może, fałszować obiektywny odbiór treści obrazu. Dobra fotografia nie musi mieć „zacnego” ojca. Może być bezdomną sierotą, którą akceptują inni ludzie. To media są odpowiedzialne za informacje o twórcach i ich dziełach a własnością intelektualną i artystyczną tych dzieł niech zajmuje się polskie Prawo Autorskie.
JMK:
Prezentuje Pan na wystawie fotografie, które zostały wykonane w latach 1954-2014, co tworzy zbiór niezwykle barwnej kroniki czasów minionych. Co dla pana znaczy być dobrym fotografem w dzisiejszych czasach, gdy wszyscy robią zdjęcia?
ZR:
Niełatwo jest w dzisiejszych czasach zabłysnąć na rynku fotograficznym chwytliwym obrazem bo konkurencja jest olbrzymia. Powszechna dostępność urządzeń utrwalających obraz i dźwięk, umożliwia rejestrację każdego zdarzenia, w dowolnie wybranym zakątku świata. Jedynym problemem ograniczającym powstanie dobrej fotografii jest umiejętność wyboru ciekawego tematu i właściwej chwili – ułamka sekundy, do naciśnięcia spustu migawki aparatu fotograficznego. „Pstryknięcie” w odpowiednim momencie może spowodować lub nie, że nasze zdjęcie będzie tak zwanym „niusem”. Nie mniejszą rolę w tworzeniu hitów fotograficznych odgrywa dramaturgia zdarzenia. Współczesny świat, pełen przemocy i klęsk żywiołowych, dostarcza fotografom mnóstwo okazji do tworzenia szokujących zdjęć. W takich warunkach pojawiają się raz, po raz „mistrzowie jednej fotografii”. Przypadkowej fotografii.
JMK:
Skąd czerpie Pan inspiracje do sesji/zdjęć?
ZR:
Najważniejszą, niewyczerpaną kopalnią tematów mojej fotografii była i jest otaczająca nas rzeczywistość. Nawet szarość dnia codziennego, przefiltrowana przez bystre oko fotografa dokumentalisty pozostawia na kliszy aparatu fotograficznego – dziś na karcie pamięci – tajemniczy ślad, dający początek obrazowi fotograficznemu.
Rzadko kreuję fikcyjną rzeczywistość, chyba że wymaga tego szersza koncepcja twórcza. W latach 70 i 80- tych ub. wieku część wyselekcjonowanych obrazów fotograficznych czarno-białych, poddawałem wtórnym przetworzeniom w postaci: fotomontażu, grafiki czy selektywnej sepii chromianowej. Takie zabiegi były możliwe między innymi dzięki stosowanemu przeze mnie w powiększalniku światłu punktowemu zamiast tradycyjnej, „mlecznej” żarówki. Światło punktowe – zwane także liniowym – umożliwia wierne odwzorowanie na papierze fotograficznym struktury metalicznego ziarna srebrowego, zawartego w żelatynie negatywu czarno-białego. I na tym „drobiazgu”, wyróżniającym moje obrazy fotograficzne od tradycyjnej fotografii mi zależało.
JMK:
Na jakie największe trudności/wyzwania Pan natrafił podczas swojej pracy?
ZR:
Największym problemem z jakim musiałem zmierzyć się w swojej pracy jako fotografa rzemieślnika była realizacja zlecenia (1973) na rzecz Muzeum Przyrodniczego w Białowieży. Zleceniodawca, zażyczył sobie mieć na centralnym frontonie muzeum, wielkoformatowe zdjęcie przedstawiające stado żubrów, wykonane tradycyjną technologią na papierze fotograficznym. W roku 1973, w Polsce, nie wykonywano jeszcze fototapet metodą przemysłową. Zlecony format zdęcia (horyzontalny) był gigantyczny: 4,0 x 2,5 m. Zlecenie zrealizowałem lecz przez wiele następnych lat nie mogłem sobie wybaczyć podjętej, lekkomyślnie decyzji. To zlecenie niemal doprowadziło mnie do ruiny. Zdjęcie musiałem powtarzać dwukrotnie. Koszty zużytych materiałów fotograficznych oraz specjalnie wykonane na tę usługę kuwety winidurowe zniwelowały moje honorarium niemal do zera. A wszystko przez moją naiwną wiarę, że czerwone światło nie zaświetla papieru fotograficznego. Owszem, nie zaświetla ale w krótkim okresie czasu. Ja, z moją żoną Janiną, instalowaliśmy na specjalnej ramie rolki papieru fotograficznego przez około 30 minut. To wystarczyło aby wywołany papier był mocno „zadymiony”. Całonocna nasza praca poszła na marne.
JMK:
Największa ekstrawagancja, na która sobie Pan pozwolił?
ZR:
W latach 70-tych ub. wieku otrzymałem zlecenie od Personalnego Spółdzielni Inwalidów w Białymstoku. Zlecenie dotyczyło reportażu fotograficznego z zaślubin pary młodych w Urzędzie Stanu Cywilnego. Personalny prosił mnie, abym „umiejętnie” fotografował tę parę z uwagi na pewne dysproporcje figuralne nowożeńców. Pani młoda ważyła ok. 100 kg. a pan młody… 40 kg. W fotografii wszystko jest możliwe. Zamiast zwykle stosowanego w takich usługach obiektywu standardowego, do swojej Praktyki zainstalowałem obiektyw szerokokątny. Dzięki skrótom perspektywicznym, charakterystycznym dla obiektywów szerokokątnych, udało mi się wyrównać dysproporcje pary młodych. Nie udało się jednak poprawić ogólnego wizerunku nowożeńców. A wizerunek ten był raczej tragikomiczny.
Szczególnie biały welon na głowie 60-letniej pani młodej kontrastował z powagą chwili. Serię zdjęć ślubnych nowożeńcy odebrali z entuzjazmem: popatrz Józek jaka ja piękna…
Jedno z tych zdjęć – oczywiście za zgodą modeli – wysłałem w roku 1991 na międzynarodowy konkurs fotograficzny do Wielkiej Brytanii. Otrzymało główną nagrodę w kategorii: „Żart”.
JMK:
Największy Pana sekret w pracy fotografa?
ZR:
Oczywiście, że mam swoje – wypracowane przez lata – technologiczne ciekawostki warsztatowe, wzbogacające estetykę moich zdjęć. Nie są one znane innym fotografom tylko dlatego, że ich stosowanie w laboratorium fotografa nie da się opisać słownym tekstem. To trzeba praktycznie przećwiczyć w ciemni fotograficznej.
JMK:
Co najbardziej Pana zadziwiło w pracy fotografa?
ZR:
Każdy zlecony reportaż, każdy plener fotograficzny a zwłaszcza nieprzewidziane zdarzenie w otaczającej nas rzeczywistości, dostarczają wielu zaskakujących i zadziwiających sytuacji. One powodują, iż zawód fotografa nie jest monotonny.
JMK:
Co Pana najbardziej rozśmieszyło w pracy fotografa?
ZR:
W 1966 kręciłem dla potrzeb TVP „Wiec Przyjaźni”, w Brzostowicy na pograniczu polsko-białoruskim. Na wielkiej płycie przed trybuną honorową, na której sekretarze partii: Gomułka i Chruszczow w posągowych pozach słuchali hymnu Związku Radzieckiego, pojawił się… zając. Kucnąwszy na tylnych skokach, przez kilkanaście sekund wsłuchiwał się w doniosłe dźwięki hymnu ZSRR. Zebrani z trudem ukrywali na swych twarzach wesołość chwili. Speszony zając odkrywszy fakt, że znalazł się w nieodpowiednim towarzystwie, czmychnął w otaczające zarośla. Fragment filmu z zającem w tle, został wycięty mojego reportażu przed emisją w TVP.
JMK:
Co najbardziej Pana jako fotografa przeraziło?
ZR:
W 1965 roku tereny woj. białostockiego w dorzeczach Narwi, Bugu i Biebrzy zostały zalane wodą. Z TVP otrzymałem polecenie sfilmowania rozlewiska z lotu ptaka. Jako środek transportu powietrznego otrzymałem z Aeroklubu Białostockiego słynny, dwupłatowy „kukuruźnik”. Podczas przelotu nad terenami zalanymi wodą, nakręciłem 60 m. taśmy filmowej. W drodze powrotnej na lotnisko, młody pilot samolotu postanowił poddać mają psychikę niebezpiecznej próbie. powodując gwałtowne opadanie „kukuruźnika”. Jak się później przyznał i mnie przeprosił, było to „kontrolowane” opadanie. Ja, niestety, o tym nie wiedziałem i ten lot przeżyłem okropnie.
JMK:
Co najbardziej lubi Pan w pracy fotografa?
ZR:
Lubię fotografować i ten fakt spowodował, że zawód fotografa uprawiałem przez ponad 60 lat. A na emeryturze? Także często sięgam po aparat fotograficzny. Obcowania z aparatem fotograficznym nie tylko na tak zwanym „planie” sprawia mi dużą przyjemność.
JMK:
Gdyby mógł Pan cofnąć czas, to co by Pan zrobił inaczej?
ZR:
Szedłbym tą samą drogą. Prawdopodobnie unikałbym konfliktowych sytuacji na styku z władzą. Czasem trzeba coś stracić tu i teraz aby odzyskać w przyszłości. Oczywiście nie dotyczy to pryncypiów, którym zawsze będę wierny. Nie muszę się wstydzić tego, co zrobiłem w przeszłości. Przeciwnie, jestem dumny z moich dotychczasowych dokonań.
JMK:
Ma Pan, jak na młody wiek ciekawe portfolio i udokumentowany dorobek artystyczny. Jak rozpoczęła się Pana przygoda z fotografią?
ZR:
To długa historia, zakończona losowym wyborem (jako profesji) jednej z moich licznych pasji życiowych. Poza rodzinnymi zainteresowaniami muzyką (syn parafialnego organisty Kościoła Katolickiego), kilkuletnią pracą w bankowości, kierowaniem placówkami kultury i wreszcie sięgnięciem po wymarzony statusu reportera TVP.
Swoją zawodową karierę zakończyłem w roli fotografa rzemieślnika. Status artysty fotografika (czł. ZPAF) nie był moim zawodem choć wielu fotografików dzięki legitymacji ZPAF całkiem nieźle egzystowało w czasach PRL.
JMK:
Czy robi Pan sobie selfie?
ZR:
Nie. Każdego dnia (podczas golenia) mam okazję oglądania swojej fizjonomii w lustrze. To mi wystarcza.
JMK:
I na koniec, jakieś rady dla początkujących fotografów?
ZR:
Fotografować, fotografować i jeszcze raz fotografować. Wiedza książkowa to tylko wstęp do fotografii. Tylko ciężka praca czyni czeladnika mistrzem…
JMK:
Dziękuję za wywiad i życzę dalszych sukcesów.


Wernisaż wystawy fotografii Pana Zdzisława Rynkiewicza odbył się 20.06.2015 r. w galerii Dolnośląskiego Stowarzyszenia Artystów Fotografików i Twórców Audiowizualnych ( DSAFITA) we Wrocławiu, ul. Włodkowica 31/4a.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *